Finał podwójnego wstydu

W 57. edycji rozgrywek o Puchar Polski „zwycięzcą” okazała się drużyna warszawskiej Legii, pokonując Lecha Poznań po serii rzutów karnych 5:4. Mecz w regulaminowym czasie zakończył się remisem 1:1, a dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. Ku rozpaczy wszystkich mecz nie był porywającym widowiskiem, a piłkarskie święto jakim miało być spotkanie przysłoniły zamieszki na stadionie w Bydgoszczy.

Konfrontacje pomiędzy Lechem, a Legią, potocznie zwane „derbami Polski” od dawna wzbudzały wiele emocji. Los tak chciał, że oba kluby stanęły do pojedynku w finale tegorocznego Pucharu Polski. Trofeum niezwykle ważne w tym sezonie dla obu stron. Lech po pięknej przygodzie w Lidze Europy, nie potrafił przenieść pucharowej formy na krajowe boiska. Z kolei Legia, klub z wielkimi aspiracjami i tradycjami, od którego wymaga się ciągłego pobytu w czołówce Ekstraklasy poniósł 11 porażek w 24 spotkaniach. Oba zespoły mające jedynie iluzoryczne szanse na zdobycie Mistrzostwa Polski, a chcące grać w przyszłym sezonie w europejskich pucharach postawiły wszystko na jedną kartę – zdobyć trofeum Pucharu Polski.

Mecz pokazał słabość obu ekip. Pierwsza połowa należała zdecydowanie do zawodników poznańskiego „Kolejorza”. W 29 minucie napór na bramkę przyniósł rezultat, po kapitalnym uderzeniu z ok. 30 metrów popisał się Dmitrije Injac. Bramka dodała skrzydeł Poznaniakom, co kompletnie zepchnęło zawodników Legii do obrony. Pierwsze 45 minut mogło zakończyć się wyższym rezultatem, ale brakowało skuteczności po stronie Lecha.

Początek drugiej połowy zwiastował powtórkę scenariusza z pierwszej odsłony spotkania. Poznaniakom wciąż brakowało skuteczności, co w 67 minucie zemściło się, Manu zdobywa bramkę dla bezbarwnie grającej Legii po rykoszecie od nogi Grzegorza Wojtkowiaka co zupełnie zmyliło stojącego na przedpolu Krzysztofa Kotorowskiego. Od tego momentu rozpoczęła się dominacja drużyny z Warszawy. Piłkarze z Poznania stracili wcześniejszy błysk, a Legionistom brakowało najzwyczajniej szczęścia. Konieczna była dogrywka.

Dogrywka była kontynuacją naporu ze strony Legii, niewiele z tego wynikało, Lech skutecznie się bronił. Kibice zgromadzeni na stadionie miejscowej Zawiszy w Bydgoszczy doczekali się serii jedenastek.
„Jedenastki” bardzo pewnie wykonywali gracze z Warszawy, natomiast jak później okazało się kulminacyjnym momentem było „pudło” Bartosza Bosackiego. Kapitan Lecha wprost kulnął futbolówkę w środek bramki strzeżonej przez Wojciecha Skabę.

Tyle i bez emocji można byłoby powiedzieć na temat tegorocznego finału, gdzie spotkały się ze sobą dwa zespoły, przeżywające kryzys, od których bezustannie wymaga się sukcesów. Całkiem możliwe, że wygraną drużyną z tego marnego pojedynku może okazać się przegrany. W klubie dojdzie do wielkiej rewolucji, rozpocznie się budowa od podstaw. Triumf Legii może okazać się tylko przysłowiowym zmiataniem brudów pod dywan.

Natomiast prawdziwe „widowisko” miało miejsce poza murawą stadionu…

Policja wydała negatywną opinię złożoną na ręce Prezydenta Bydgoszczy na temat imprezy masowej. Mecz zatem powinien odbyć się w innym miejscu. Do końca nie wiadomo czy to namolność PZPN czy też inicjatywa władz bydgoskich zaważyły na przeprowadzeniu spotkania na stadionie Zawiszy. Zdaniem „Pana Prezesa” Polskiego Związku Piłki Nożnej Grzegorza Laty wszystkiemu winne jest polskie prawo oraz „bojaźń” służb mundurowych. Tak naprawdę zapominając, że stadion przystosowany do mityngów lekkoatletycznych, gdzie bieżnie od trybun oddziela niestabilny płotek mający ok. 150cm wysokości nie jest odpowiednim miejscem do rozegrania meczu o charakterze podwyższonego ryzyka, bo nie trzeba nikomu przypominać, że sympatycy Lecha i Legii nie darzą się sympatią.

Samo wejście kibiców przez bramy stadionu odbyło się bardzo spokojnie. Kibice Legii dojechali do Bydgoszczy za pomocą specjalnie zorganizowanych pociągów, natomiast sympatycy „Kolejorza” wybrali transport samochodowy. W ten sposób obie grupy znalazły się na obiekcie niemal dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem Pawła Gila. Kibice ten czas wypełniali wzajemnymi wyzwiskami, co przy konfrontacji dwóch zwaśnionych klubów nie było czymś zadziwiającym. Niespodziewanie atmosferę podgrzewał miejscowy „spiker” Jerzy Góra, prowadzący często szkolenia w swoim fachu. Jego zagadywanie, częste pauzy, połączone z stekiem bzdur przypominało bardziej relację z „Wyścigu Pokoju” niż relację z finału Pucharu Polski. Powodowało to chóralne wybuchy śmiechu wśród kibiców, a później irytację, której efektem było zapychanie rozmieszczonych „szczekaczek” dookoła stadionu bluzami.

W momencie pierwszego gwizdka sympatycy obu drużyn w zorganizowany sposób opuściły zajmowane przez siebie miejsca na 10 minut. Wychodzący kibice skandowali słynną już stadionową przyśpiewkę wyrażającą opinię na temat stosunku do PZPN. Po fanach pozostały tylko transparenty: „Społeczeństwu oczy mydlicie – wszystkiemu winni kibice”. Niestety przekaz nie trafił bezpośrednio do Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, który objął honorowy patronat nad tegorocznymi rozgrywkami. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie zjawił się osobiście podczas rozgrywania finału.

Podczas całego „widowiska” rozbrzmiewały wybuchy środków pirotechnicznych od strony kibiców z Warszawy, pojawiły się także race. Pokazało to słabość miejscowej ochrony, która odpowiedzialna była za przeszukanie wchodzących na obiekt kibiców. Pojawienie się o wiele dni wcześniej przed finałem możliwości kupna biletów były zabiegiem PZPN, aby dokonać odpowiednio skutecznej selekcji. Poszły w ruch listy z nazwiskami objętymi zakazami stadionowymi. Najprawdopodobniej cena 50zł, moim zdaniem wygórowana przez związek miała również odstraszyć chuliganów. Dlaczego więc dziwi mnie zdjęcie Piotra Staruchowicza, popularnego Starucha z trofeum w rękach? Stołeczna policja wystosowała prośbę o możliwość zakupu biletu dla osoby, która objęta jest zakazem stadionowym w kraju w ramach rozgrywek Ekstraklasy, a nie Pucharu Polski.

Po wykonaniu ostatniej „jedenastki” przez Jakuba Wawrzyniaka na murawę wybiegli szalejący z radości kibice Legii. Na moment przed uderzeniem obrońcy stołecznego klubu spora ich część zajęła już miejsca bezpośrednio za banerami reklamowymi. Co stałoby się gdyby Kotorowski obronił rzut karny?
Punkt kulminacyjny stanowiły prowokacyjne śpiewy ze strony sympatyków Legii oraz słowa „spikera” pana Góry: „Już tak jest, że niektórzy wygrywają, a niektórzy przegrywają”. Mało odkrywcze stwierdzenie, ale prawdziwe które rozsierdziło kibiców Lecha. Była to swoista iskra odpalająca lont, wiszącej już przez długi czas bomby.
Chuligani ubrani w kominiarki zapanowali nad bieżnią, rzucali wszystkim co popadnie, począwszy od krzesełek, kończąc na fragmentach płotu i oczywiście „szczekaczek”. Reakcja policji była nieporadna, ciężko o dobrą komunikację między jednostkami pochodzących z oddalonych od siebie o wiele kilometrów Warszawy, Poznania, Olsztyna, Białegostoku, czy też Łodzi. Użyto gazu, pojawiła się armatka wodna.

Tak naprawdę można wyliczać w nieskończoność przyczyny wtorkowych zajść. Jednego jestem pewien, że o tym finale należy jak najszybciej zapomnieć. Było to podwójnie żenujące „widowisko”. Niestety takie sytuacje będą się powtarzać w kraju, gdzie piłką nożną nieumiejętnie rządzi związek, który nie jest w stanie dojść do porozumienia z kibicami oraz nie potrafiący przyznać się do błędów.

Uśmiech „Prezesa” podczas ceremonii wręczania pamiątkowych medali – BEZCENNY…

Jedna odpowiedź do artykułu “Finał podwójnego wstydu”

Komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników strony. Stowarzyszenie S.O.S. dla Polskiej Piłki nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. - Zapoznaj się z regulaminem serwisu.

  1. KoniecPzpn.pl » Blog Archive » Relacja z Bydgoszczy pisze:

    [...] Mateusz opisał swoje wrażenia z szeroko komentowanego obecnie wydarzenia. Możecie je przeczytać w tym miejscu. Tekst jest zarówno o emocjach sportowych, jak i tych pozapiłkarskich. Oto fragment: Konfrontacje [...]

Zostaw komentarz

Popiera nas:
317320
osób
popieram was! Wypisz się z listy