Dyzma

Słowo to zrobiło niesamowitą karierę w Polsce po ekranizacji powieści słynnego przedwojennego pisarza – Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Ten kultowy (modne dziś słowo) film celnie trafia w samo sedno sprawy i pasuje do niejednej dziedziny naszego życia.

Domyślacie się zapewne, Szanowni Czytelnicy, że do napisania tego felietonu zostałem zainspirowany przez niedawną wypowiedź reprezentanta kraju, Artura Boruca. Ale rzecz nie będzie dotyczyła adresata powyższego słowa, lecz możnych polskiej piłki i polskiego sportu w ogóle. Ilu tu można by wymienić decydentów naszego sportu, począwszy od ministrów, a skończywszy na prezesach i prezesikach, do których to słowo pasuje jak ulał.

Przynoszeni w teczkach, a nie mający pojęcia, gdzie ich przynoszą, ,,dziadzili” i panoszyli się okrutnie, siejąc spustoszenie i zostawiając po sobie spaloną ziemię, by później zostać przeniesionym na inne zaszczytne stanowisko. Taka praktyka w Polsce ma swoje głębokie korzenie w PRL-owskim anty-systemie. Najsmutniejsze jest to, że o ile we wspomnianym filmie niesamowitą karierę zrządził równie niesamowity przypadek, o tyle nam współcześni Dyzmowie byli i są niejako zaprogramowani przez pewne gremia decydenckie i, niestety, również nadal przez pewne partie polityczne.

Jest to utrwalony system. Tak dzieje się na przykład z dyletanckimi ministrami i prezesami niezwykle ważnych, wręcz kluczowych spółek i rad nadzorczych skarbu państwa, którzy pobierając horrendalne wynagrodzenia, ciągną w dół swoje przedsiębiorstwa. Niezwykle rzadko jakaś partia desygnuje na ważne stanowisko bezpartyjnego fachowca. Jednym z najbardziej utrwalonych bastionów tej praktyki jest organizacja rządząca polską piłką nożną.

Nikt nie potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego akurat ci panowie zostali wybrani na jej prezesów i wysokich funkcyjnych. Jakimi wybitnymi cechami odznaczali się, że akurat oni musieli być desygnowani do pełnienia określonych funkcji? Czy panujące tam mechanizmy wyborcze mają cokolwiek wspólnego z demokracją? Zapewne odpowiedź jest prozaiczna – zapewniali oni tak zwaną ciągłość trwania u żłobu swoim wyborcom.

Zadam teraz kilka retorycznych pytań w tej sprawie. Czy prezes, który ma wstręt do mediów i ludzi młodych, udzielając wywiadu na pytania młodej dziennikarki z ,,PS” o krytykę przez prezesów klubów i fachowców stanu sędziowania w ekstraklasie, odpowiada niegrzecznie, że ,,może oni sami lub pani posędziuje? Ale byłyby jaja”; na pytanie, co się dzieje z utalentowaną młodzieżą z reprezentacji juniorskich odpowiada, że to nie jego działka i nie zamierza się tym zajmować; czy prezes, którego nie obchodzą patologie w reprezentacji Polski seniorów, który mówi, że jest świetnie, a niska pozycja w światowym rankingu to wina przeliczników punktowych i złych dziennikarzy szukających dziury w całym, bo przecież kiedyś też przegrywaliśmy sparingi przed MŚ; czy prezes, który nie ma jasnej wizji polskiej piłki – otóż czy ten prezes to nie współczesny Dyzma?

Cenimy Pana za tytuł króla strzelców Mistrzostw Świata i całą karierę zawodniczą, ale żadne wielkie sukcesy nie mogą Pana zwalniać z dynamicznego i nowoczesnego działania na rzecz polskiego piłkarstwa!

Niech Pan zrobi porządek w swej organizacji albo odejdzie! Kto wie, może za ten ruch zyskałby Pan na swojej legendzie jeszcze bardziej? Może nie musiałby Pan buńczucznie stwierdzać, że nikt już nie odbierze Panu wcześniejszej sławy, bo byłoby oczywiste, że dorzucił Pan nowe osiągnięcia i dodał do niej nowego blasku?

Jerzy Smoliński

Zostaw komentarz

Popiera nas:
317320
osób
popieram was! Wypisz się z listy