Kiedy słyszę często, że jedną z głównych przyczyn złych wyników jakiejś dyscypliny sportu jest niski poziom wychowania fizycznego w szkołach, ogarniają mnie mieszane uczucia. Uważam, że związki sportowe, kluby i rodzice przeceniają znaczenie szkoły. Wspomniany w tytule mit szkoły przytaczany jest często przez przywołane tu osoby i instytucje, aby usprawiedliwić swój brak sukcesów (czytaj: wysokich wyników).
Zacznę nietypowo, bo od rodziców. Otóż, to oni – wbrew pozorom – odgrywają ogromną rolę w tak zwanym kształtowaniu fundamentu wychowania przyszłego mistrza. Jeszcze kilkanaście lat temu, a więc przed epoką wszechobecnej teraz komputeryzacji i używek, dzieci i młodzież większą część wolnego czasu spędzała, biegając po podwórkach i boiskach. Kopali piłkę, rzucali piłkę do kosza, mocowali się, grali w ping-ponga itd. Wzmacniali i kształtowali swój organizm pod względem zdrowotnym i motorycznym w ruchu na świeżym powietrzu, a rodzice byli dumni z sukcesów sportowych swoich pociech. Słyszy się często przechwałki starszego pokolenia, jak to potrafiło się cały dzień „grać w piłę”. A teraz? Na naszą sprawność w wieku dorosłym największy wpływ ma właśnie dzieciństwo (oprócz cech dziedzicznych), a w nim aktywność ruchowa począwszy od wieku niemowlęcego, przedszkolnego i szkolnego.
Tu dotykamy pierwszego problemu. Ilu z rodziców ma czas na poświęcenie dużej uwagi swoim dzieciom pod tym właśnie kątem? Dziś sytuacja naszych maluchów dramatycznie się skomplikowała. Już nie możemy pozwolić sobie na puszczenie ich samych na podwórko, gdyż, jak wiemy, czyhają tam na nich ogromne zagrożenia. A więc mogą one wyjść wyłącznie pod naszą opieką, przez co ich czas przebywania tam zmniejsza się dramatycznie, a w rezultacie obniża się także poziom sprawności – również w stosunku poprzednich pokoleń. Nieliczni rodzice starają się i mają możliwości, aby to poprawić, choć sam problem z pewnością rozumie wielu z nich. Kiedy więc może nastąpić w tej materii poprawa? Wtedy, kiedy stopa życiowa przeciętnego Kowalskiego skoczy do góry i zbliży się do zachodniej.
Teraz czas już na mityczną dzisiejszą szkołę, a tam „wyścig szczurów”. „Mówi to państwu coś?” – to cytat z kultowego serialu „Dom”. Jeżeli tak, to wszystko jasne: na pierwszym miejscu języki obce (liczymy od dwóch), kółko matematyczne, zajęcia „foto-model”, teatrzyk „zielona gęś”, zwiększony zakres informatyki, ewentualnie – na samym końcu – basen. W tak napiętym programie nie ma czasu na popularny kiedyś SKS czy klub sportowy w ukochanej dyscyplinie. Rodzice mają również swój system kar za słabe stopnie, w którym bryluje zakaz pójścia na SKS czy zawody sportowe. Zresztą wychowawcy w szkole – za namową dyrekcji – także wpadli na ten głupi pomysł. Ciekawe, jak karaliby uczniów, gdyby nie było sportu? Zakazem oddychania?
Dyrekcje szkół również walczą głównie – a w 90% wyłącznie – o wysoką pozycję w rankingach przedmiotów teoretycznych. Chodzenie na zawody sportowe jest wręcz zabronione. Nie będę tu omawiał bazy sportowej szkół, która generalnie się poprawia, ale ciągle jest jeszcze niedostateczna. Ponad połowa szkół nie ma sali gimnastycznej, a zajęcia z wychowania fizycznego w ponad jedenastu tysiącach szkół odbywają się wciąż na korytarzach. Dane te pochodzą z wypowiedzi w „Przeglądzie Sportowym” pana Grzegorza Buczyńskiego, dyrektora Departamentu Nauki, Oświaty i Dziedzictwa Narodowego NIK. Tenże pan dyrektor w dalszej części swojej wypowiedzi powiada tak: „to przykre, że nauczyciele nie potrafią stworzyć interesującej oferty dla młodzieży w różnym wieku i o różnych predyspozycjach”.
Panie Grzegorzu Buczyński, o tak ogromnie rozbudowanym tytule funkcyjnym, a czy spytał pan również swoją koleżankę, minister Hall, co ona o tym wszystkim sądzi? Czy ma pojęcie o pracy nauczyciela wychowania fizycznego w naszej szkole i co dla niego zrobiła? Czy podniosła jego rangę? Czy wie, jak ważny jest ruch sportowy dla naszych dzieci? Czy może chociaż raz zrobiła spotkanie z nauczycielami wuefu i wysłuchała ich postulatów? A pana, panie dyrektorze Buczyński, może warto zaprosić do pracy w wylosowanej placówce szkolnej, zakasania rękawów i pokazania tej „siły przebicia”. Chętnie bym się z panem zamienił na stanowiska i uposażenia. Ciekawe, czy starczyłoby panu energii i zaangażowania do, jak to pan ślicznie określił: „stworzenia interesującej oferty”. Najpierw musiałby pan zrealizować – na korytarzach – wymagania programowe dla poszczególnych klas, a potem to już hulaj dusza!
W jednym punkcie się z panem zgodzę. Chodzi o „konieczność opracowania systemu wyłaniania talentów sportowych”. Dodałbym do tego jeszcze parę konkretów. Ale przecież pan mnie o to nie zapyta, gdyż pana tytuł jest tak wzniosły, że gdzie tam małemu robaczkowi, nauczycielowi wuefu, do podpowiadania panu. Może dwaj ministrowie: sportu i edukacji coś wymyślą i podpowiedzą? A tak à propos, to czy pan dał im również określone zalecenia do kreatywności, siły przebicia i stworzenia interesującej oferty? Czy zalecili oni dyrektorom większą dbałość o tak niezwykle ważną część wychowania ogólnego? Chciałbym to od pana usłyszeć. Podpowiem panu i ministrom, że całkiem niezły i prosty system naboru i selekcji do lekkiej atletyki ma na przykład szkoła podstawowa nr 50 z Pragi Południe. Po małej modernizacji można z niego korzystać do innych dyscyplin. System ten obejmuje młodzież z całej dzielnicy. Ale czy o nim wiedzą możni np. z MOZPN-u lub PZPN-u? A powinni, bo, niestety, przy okazji zlikwidowano tam w klubie „Orzeł” piłkę nożną. Ale się rozmarzyłem…
Reasumując, wymieniłbym dwie najważniejsze funkcje wychowania fizycznego w szkole pod względem sportu: 1. kształtowanie w młodzieży nawyku do rekreacji w wieku dorosłym, 2. funkcja wyłaniania talentów sportowych. Funkcja tak zwana szkoleniowa w określonych dyscyplinach przy obecnym poziomie organizacyjnym nie ma większych szans. To muszą wziąć na siebie związki i kluby sportowe i w porozumieniu z ministerstwami stworzyć odpowiednie ramy działania. Nauczyciel wuefu (który z natury rzeczy musi być omnibusem sportowym) nie ma realnych możliwości „hodowania” mistrzów, nawet na najwcześniejszym etapie. Talenty sportowe natomiast muszą być jak najwcześniej wykrywane i kierowane do poszczególnych dyscyplin. Związki sportowe i kluby powinny dążyć do zapewnienia im jak najlepszej opieki, włącznie z internatami i fachowcami najwyższej klasy. W przeciwnym razie świat ucieknie nam jeszcze bardziej. Na razie uciekają nam działacze (z żonami). Uciekają od odpowiedzialności: do USA, Kanady, RPA i innych ciepłych krajów.
Na koniec chciałbym zadać wszystkim możnym, działającym w sporcie, pytanie, które nurtuje mnie od pewnego czasu: jak to jest, że trenerzy muszą mieć licencję, sędziowie, a najważniejsze osoby funkcjonujące w sporcie, czyli prezesi związków (np. PZPN-u) i klubów nie muszą? Przecież od nich tak wiele zależy, a niektóre ich decyzje wołają o pomstę do nieba.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie,
Jerzy Smoliński




28 października, 2010 o 11:27 am
[...] znajdziecie w tym miejscu. Zapraszamy do czytanie i komentowania! Autor: Qler Udostępnij Dodaj na śledzik.pl [...]