„Żewłaki”

Taką ksywkę mieli w młodości Marcin i Michał Żewłakowowie. Byli bardzo miłymi i sympatycznymi chłopcami. Mieszkali ze mną w jednym bloku na Grochowie. Byli uzdolnieni nie tylko piłkarsko. Ich drogi zetknęły się z moją pracą zawodową we wrześniu 1986 roku, kiedy zacząłem pracę na pół etatu jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej 102 przy ul. Tarnowieckiej 4. Mieli wtedy po 10 lat. Dostałem od dyrekcji sześć klas czwartych. Już po kilku dniach zorientowałem się, że spośród tamtych dziesięciolatków można stworzyć niezłą drużynkę piłkarską. Zrobiłem nabór, selekcję i wybrałem około dwudziestu najbardziej uzdolnionych. Jasne, że byli tam i bracia bliźniacy. Grupa ta powstała jesienią 1986 roku i niezwłocznie przystąpiliśmy do regularnych treningów. Muszę tu wspomnieć, że było tam również kilku innych, nie mniej uzdolnionych chłopców, jak choćby Robert Gielo, Paweł Kwiatkowski czy bardzo ambitny, posiadający wyrazistą osobowość, Konrad Trzoch. Wspominam o nich dlatego, żeby pokazać, jak niewielu utalentowanych zawodników dochodzi do dużych sukcesów, ponieważ w naszych polskich realiach nie ma systemu szkoleniowego ani pomocy dla tych dzieciaków w szeroko rozumianym zakresie. Szczególnie ciężko było właśnie wtedy, kiedy na półkach stał tylko ocet, a hiperinflacja szalała bez opamiętania.

Ale do rzeczy. Przez pół roku trenowaliśmy, gdzie się dało, a więc: na sali gimnastycznej (jeśli była wolna), na betonowych korytarzach, klepiskowych boiskach osiedlowych czy na błoniach Stadionu X-lecia. Nie brałem za to żadnych pieniędzy, pracowałem, jak to się mówi, „na dziko”: bez żadnych świadczeń i ubezpieczeń. Patrząc na to teraz, trochę przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę, co by było, gdyby komuś coś się stało? Na wiosnę 1987 roku dogadałem się z Panem Henrykiem Ochmańskim z Drukarza i zgłosiłem swoją drużynę do rozgrywek WOZPN, biorąc przez kilka miesięcy przysłowiowe grosze. Warunki, jakie mieliśmy w tym klubie, urągały wszelkim pojęciom przyzwoitości. Pod koniec tego roku zmieniłem pracę, przenosząc się do Marymontu i rezultacie musiałem na pół roku rozstać się z tą drużyną ze względu na moje nowe obowiązki oraz duże kłopoty z dojazdami dzieciaków na treningi. Po tym czasie zadzwoniła do mnie mama Marcina i Michała, prosząc, abym zabrał ich na Marymont, gdyż w Drukarzu jest im źle, wobec czego ona i jej mąż piłkarską przyszłość synów widzą tylko ze mną w Marymoncie. Zgodziłem się na to i specjalnie dla nich utworzyłem drużynę rocznika ’75 i młodszych. Po lipcu doszli również chłopcy z pobliskiego żoliborskiego osiedla, wśród których także były talenty piłkarskie, jak choćby Paweł Bednarek czy Piotrek Piorun. Również w tym przypadku pracowałem z tą grupą społecznie aż do czerwca 1989 roku, kiedy to „za chlebem” wyjechałem do USA. W tym czasie byliśmy między innymi na trzech obozach szkoleniowych w: Moryniu, Koronowie i Połczynie. Bracia Żewłakow robili stałe postępy w wyszkoleniu piłkarskim. W pracy z nimi szczególną uwagę zwracałem na technikę gry głową i tzw. gorszą lewą nogą. Oczywiście nie zaniedbując innych elementów wyszkolenia. Dziś jestem pewien, że pozwoliło im to łatwiej i szybciej wejść do pierwszoligowego ligowego zespołu Polonii Warszawa i reprezentacji Polski. Przed wyjazdem z Polski przekazałem ich pełnemu zapałowi trenerowi A. Giedrysowi do Polonii Warszawa, wiedząc, że jeśli tego nie zrobię, chłopcy się zmarnują. Na szczęście tak się nie stało i przeszli następny ważny kilkuletni etap szkolenia.

Dalsze losy piłkarskiej kariery obu braci są powszechnie znane, ponieważ nasze media ekscytują się prawie wyłącznie tym ostatnim okresem szkolenia piłkarskiego. Kreuje się wielkie zasługi trenerów prowadzących seniorów i rzuca kuriozalnymi określeniami, jak choćby „Dzieci Engela” (S. Szczepłek w „Rzeczpospolitej”). Ciekawe, jak mogły to być wychowane dzieci wychowane przez Engela, skoro dostał obu chłopców jako już ukształtowanych piłkarzy? Niektórzy dziennikarze ostro krytykują na przykład działania PZPN-u, lecz nie potrafią dostrzec, ile robią złego sami, gloryfikując trenerów znanych, a zupełnie pomijając tych pracujących z młodzieżą, którzy są ważnym ogniwem w całym procesie kształtowania osobowości piłkarskich. Przykładem takiej nierzetelnej i megalomańskiej ,,twórczości” dziennikarskiej jest artykuł Stefana Szczepłka w ,,RP” pt. ,,Michał i jego rodzina”, gdzie pominął zupełnie ten pierwszy okres treningowy Michała, pisząc, że największe zasługi miała jego mama, gdyż pracowała na Drukarzu jako pielęgniarka, a chłopcy biegali samopas i ni stąd ni zowąd podpisali swoje pierwsze zgłoszenie piłkarskie. Otóż, panie Szczepłek, to jest bujda na resorach. Wtedy do klubu Drukarz nie chciano ich nawet przyjąć, czym zrażeni trenowali nawet przez jakiś czas judo. To ja ich wypatrzyłem w szkole i na podwórku, i namówiłem do treningów piłkarskich, a pierwszą kartę piłkarską podpisali w Marymoncie. Czy będzie pana stać na przeprosiny? A w ramach pokuty powinien pan zadać sobie trochę trudu i spisać pierwszych trenerów wszystkich aktualnych reprezentantów Polski, aby już nigdy nie popełnić tego błędu. Chcę pana zapewnić, że publikacja tych nazwisk w poważnych mediach na pewno dodałaby im skrzydeł i może wychowaliby następnych.

A teraz chciałbym serdecznie pogratulować Michałowi wspaniałego osiągnięcia, czyli rozegrania stu meczów w reprezentacji Polski, i życzyć mu dalszych sukcesów!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, a dziś w szczególności trenerów grup młodzieżowych!

Jerzy Smoliński

Jedna odpowiedź do artykułu “„Żewłaki””

Komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników strony. Stowarzyszenie S.O.S. dla Polskiej Piłki nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. - Zapoznaj się z regulaminem serwisu.

  1. KoniecPzpn.pl » Blog Archive » Wspomnienia trenera Smolińskiego o braciach Żewłakowach pisze:

    [...] znajdziecie w tym miejscu. Autor: Qler Udostępnij  Dodaj na śledzik.pl | [...]

Zostaw komentarz

Popiera nas:
317320
osób
popieram was! Wypisz się z listy